środa, 1 lutego 2012

1.

- No mówię przecież pani, że byłam wtedy w szkole – nauczycielka popatrzyła na mnie z pogardą.
-Ale  na liście obecności jest napisane, że cię nie było – lepiej nie będę pisała jak ją przeklęłam w myślach.
- Wpisała mi pani nieobecność przez przypadek byłam w szkole – praktycznie krzyknęłam.
- No nie wiem, nie wiem.... Okej otwórzcie książki na 324 stronie – zmieniła szybko temat, a ja opadłam na krzesło, przyzwyczaiłam się do bycia niewidzialną. Czasem tylko wychodzą pewne niezręczne sytuacje, ludzie siadają na mnie, a potem przepraszają bo mnie „nie zauważyli” albo wpadają na mnie. W sumie to już lepsze niż być taką zdzirą jaka znajduje się niestety w mojej klasie... Matko jedyna ile ona się nagada takiego dużego ego to chyba nikt nie widział. W naszej szkole są mundurki mnie to nie przeszkadza, ale ta franca to chyba się w nim dusi bo koszulę miała rozpiętą praktycznie do pępka.
    Lekcja dłużyła się i dłużyła w nieskończoność nikt tak nie potrafi zanudzić jak nasza nauczycielka z biologii. Na całe szczęście miałam ławkę przy oknie, które wychodziło na tyły szkoły gdzie rozciągał się piękny widok na gęsty od brzóz lasek. Okno było uchylone, więc byłam dotleniona, ale to nie pomagało w nie zaśnięciu... Nagle zadzwonił dzwonek wyszłam z klasy i pobiegłam w stronę mojej szafki, zostawiłam niepotrzebne książki i wzięłam te, w których było zadanie domowe. Wyszłam ze szkoły i poczułam przyjemny wiatr były to już resztki lata, robiło się co raz chłodniej. Lubiłam moje małe miasteczko. Middletown w Irlandii. Wcześniej mieszkałam w Chicago z rodziną zastępczą, która później oznajmiła mi, że chciałaby mnie adoptować, musiałam się zgodzić nie widziałam innej opcji to byli najmilsi ludzie jakich kiedykolwiek poznałam. Po za tym zmęczyło mnie to ciągłe przenoszenie się od jednej rodziny do drugiej. Miesiąc później w wypadku zmarł mój przybrany ojciec, moja przybrana matka nie zniosła tego dobrze, postanowiła, że wróci do swoich korzeni, do Irlandii. Ja nie miałam nic przeciwko i jej syn Jason też nie. Jason cóż znam go dłużej niż Abey (moja przybrana matka) jest ode mnie o rok starszy i chodziliśmy razem do szkoły zanim stali się moją rodziną zastępczą. Zawsze mnie bronił przed innymi i pomagał mi gdy tego potrzebowałam. Już wtedy był dla mnie jak brat. Jesteśmy, jak jing i jang on mnie zawsze pobudza, dodaje energii, a ja go uspokajam. Tak Abey mówi.
    Wróciłam do domu Jason wręcz pożerał jakąś kanapkę, jedyna rzecz, która nas łączyła – jedzenie. Uśmiechnął się do mnie umazany cały w majonezie, a ja zajrzałam do lodówki i znalazłam koktajl jagodowy.
- Słyszałem, że Kimberly ma już tak mocno rozpiętą swoją bluzkę, że chłopcy wzroku nie mogą oderwać – spiorunowałam go wzrokiem, a on zaczął się śmiać. Nalałam sobie koktajlu, Jason podstawił szklankę, żeby mu też nalać, olałam go i wsadziłam koktajl do lodówki.
- Ładnie to tak ze mną zadzierać? – zaczął mnie gilgotać, a ja nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam się smiać.
- Proszę przestań! – krzyknęłam, zlitował się i mnie puścił. Ukradłam mu kanapkę i pobiegłam do swojego pokoju. Nie minęło pięć minut, a kanapki już nie było. Jason wpadł do pokoju:
-Gdzie kanapka?
-Spóźniłeś się...
-Jeszcze mnie popamiętasz – powiedział bez przekonania i rzucił się na moje łóżko – podobno ktoś ma dojść do naszej szkoły.
- Czyżby?
- Tak jakiś chłopak, w twoim wieku – popatrzył na mnie i poruszył brwiami zalotnie.
- Jakby mnie to obchodziło.
- No wiesz...
- Ale ty głupi jesteś, tyle ci powiem.
- Zarumieniłaś się, no mnie możesz powiedzieć. Chciałabyś mieć chłopaka?
- Najlepiej księcia na białym koniu – powiedziałam i rzuciłam w niego poduszką.
    Nadszedł poniedziałek, zwlekłam się leniwie z łóżka i poszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam mundurek i zeszłam na śniadanie.
- Vic zaraz się spóźnicie – powiedziała Abey niezbyt przejętym głosem. Miała rozczochrane włosy, siedziała w szlafroku i jadła tosta. Abey jest bardzo młoda, nie wygląda na matkę siedemnastoletniego chłopaka. Ma 34 lata. W wieku siedemnastu lat miała wpadkę z ojcem Jasona, Travim. Na całe szczęście okazało się, że są dla siebie stworzeni. Parę lat później wzięli ślub. Dwa lata temu adoptowali mnie, a potem stał się ten wypadek...
    Zjadłam pośpiesznie mojego tosta i poszłam z Jasonem do szkoły, nie mieliśmy daleko, ale i tak się spóźniliśmy. Ścigaliśmy się po korytarzu nasze klasy były koło siebie. Wygrałam, pokazałam mu język i wpadłam do klasy cała zdyszana. Nauczyciel od hiszpańskiego stał na środku klasy z jakimś kolesiem, który się do mnie uśmiechnął. Zupełnie zapomniałam, że ktoś nowy miał dojść. Cóż był niczego sobie, miał czarne, rozczochrane włosy, a mundurek byle jak założony zresztą jak wszyscy chłopcy. Widać było od razu, że dziewczyny za nim szaleją, a on przebiera w nich jak programach telewizyjnych. Nie znoszę takich. Kimberly miała już łowiecki wzrok, nie dziwię się.
- Przepraszam za... – musiałam odsapnąć, bo biegłam praktycznie od domu – za spóźnienie.
- Victoria jeszcze jeden taki wybryk, a źle to się dla ciebie to skończy, siadaj – pokiwałam głową i usiadłam na swoim miejscu – no więc wróćmy do tego co mówiliśmy zanim nam bezczelnie przerwano - przewróciłam oczami.
- To jak masz na imię?
- Jev Tonkins  - powiedział chłopak. Kimberly jeszcze bardziej się uśmiechnęła, jest przerażająca.
- Miło nam, że znalazłeś się w naszej klasie. Twoje miejsce jest tam – wskazał miejsce niedaleko Kimberly, współczuję mu.
- Przydało by się żeby ktoś go oprowadził prawda?  - Kimberly zapytała jakby nigdy nic.
-Masz rację, masz rację... Hmm... – wszyscy byli bardzo chętni tylko nie ja i paru chłopców  - widzę że Victoria się zgłasza.
Ten nauczyciel się za bardzo naraża, a to może się bardzo źle skończyć. Naprawdę bardzo nie chcę mi się łazić z tym gogusiem po szkole. Och panie Jimmy niech pan lepiej w nocy nie śpi...
- Wcale się nie zgłaszałam, musiał mnie pan z kimś pomylić.
- No to co ja wybieram ciebie i koniec. Na trzeciej lekcji macie angielski, ja pogadam z panem, a ty potem pokażesz mu wszystko – no jasne jeszcze mi zabiorą moją ulubioną lekcję.
- Chyba, że chcesz zostać w kozie po lekcjach.
- Już chyba bym wolała taką opcję – wszystkie dziewczyny zaczęły się na mnie gapić, jak na jakąś wariatkę.
- Przez cały tydzień? – zapytał nauczyciel.
- Okej dobra.
- No i świetnie, przejdźmy do tematu.
Kimberly popatrzyła na mnie typu „gdyby wzrok mógł zabijać”.
    Druga lekcja przeleciała bardzo szybko, geografia zawsze tak mija. Chyba nie było takiej lekcji geografii żeby nikt się nie śmiał. Na przerwie przed trzecią lekcją, chowałam książki do mojej szafki. Nagle coś mnie uszczypnęło.
- Jason ty sobie lepiej uważaj.
- No co nudzi mi się nasze dwie pierwsze lekcje są najnudniejsze na świecie już ciekawsze jest gapienie się w ścianę niż matma z Jeffersonem.
- Ty przynajmniej nie będziesz musiał łazić po szkole żeby oprowadzać jakiegoś casanovy.
- A więc tobie trafiło się oprowadzanie nowego.
- Brawo Sherlocku!
- Lepiej sobie uważaj! On jest mój! – wystraszyła mnie Kimberly.
- Spokojnie, mnie on nie interesuję.
- No w sumie nie wiem czemu się przejmuję. Taką dziewczynę jak ty kto by chciał. – Jason, zrobił krok do przodu. Zatrzymałam go i zatrzasnęłam drzwiczki mojej szafki, nagle rozległ się wrzask. Okazało się, że przytrzasnęłam drzwiczkami mojej szafki palce Kimberly. Nie będę pisała, że tego żałuję...
- O mój Boże tak cię przepraszam – powiedziałam sztucznie.
- Lepiej sobie uważaj! – krzyknęła i pobiegła w stronę łazienki. Uśmichneliśmy się z Jasonem porozumiewawczo.
    Nadeszła trzecia lekcja. Spotkałam się z nim pod klasą, tak jak było ustalone. Czekał już na mnie:
- Po tym jak byłaś taka niechętna sądziłem, że już nie przyjdziesz...
- Daruj sobie nie miałam wyjścia. Okej najbliżej jest biblioteka, więc od niej zacznijmy – ruszyłam w stronę biblioteki, a on szybko mnie dogonił.
- Ty z Kimberly chyba nie za bardzo się lubicie z tego co widziałem na przerwie.
- Cóż po prostu nie zadaję się z lalkami, których pasją jest psucie innym ludziom życia.
- Ty też nie wydajesz się miła.
- Ja po prostu jestem szczera. Nie zatruwam życia innym ludziom.
- No może racja, ale dzisiaj na hiszpańskim nie było mi miło.
- Przepraszam Jack.
- Jestem Jev.
- Przepraszam Jev – pokazałam mu całą szkołę i wracaliśmy do klasy, bo zostało nam jeszcze dwadzieścia minut. Chciałam wejść do klasy, gdy on mnie zatrzymał:
- Co robisz po lekcjach?
- Wracam do domu.
- To może byśmy poszli do tej kafejki, co jest tutaj niedaleko?
- Przepraszam, ale mam francuski.
- Mówiłaś, że wracasz do domu.
- No, bo wracam po lekcjach.
- To poczekam na ciebie.
- Myślisz sobie, że się tak od razu zgodzę?
- To nie ma być randka.
- Co z tego – weszłam do klasy. Angielski minął dosyć szybko. Nareszcie nadeszła przerwa na lunch, weszłam na stołówkę, wzięłam kanapkę i poszłam do Jasona i jego kolegów. Nie miałam przyjaciółek, tak po prostu wyszło, ale nawet mi to nie przeszkadzało.
- Cześć chłopcy, co tam? – usiadłam na swoim stałym miejscu, obok Jasona.
- No wiesz mija, jak mija, nie masz przypadkiem czasu, żeby pomóc mi przy geografii? – powiedział najlepszy przyjaciel Jasona, Alex.
- Za pewną opłatą, może...
- Ach no tak po przyjacielsku.
- Sorry przyjmuję tylko gotówkę.
- No błagam.
- No dobra, ale dzisiaj mi się nie chcę.
- W czwartek?
- Okej, niech będzie.
- A ten nowy jaki jest? – zapytał Sam, jeden z kolegów Jasona.
- Nawet wy takimi flirciarzami nie jesteście – wygłupialiśmy się jak zawsze. Jason dostał kanapką w twarz, z czego się tak śmialiśmy, że jeszcze trochę, a zwróciłabym cały lunch. Zadzwonił dzwonek i musiałam pójść na biologię, Jason miał koniec lekcji, szczęściarz... Biologia minęła dosyć szybko, byłam naprawdę zdziwiona. Jeszcze tylko francuski, pomyślałam poszłam pod klasę francuską. Na drzwiach pisało, że nauczycielka się rozchorowała i lekcji nie będzie przez cały tydzień. Popatrzyłam przez okno, lało jak cholera. Super ja to mam szczęście, pomyślałam. Poszłam do mojej szafki i ubrałam moją niestety przemakalną kurtkę i wyszłam na zewnątrz i usiadłam na schodach. Musiałam to przeczekać.
- Dlaczego nie wejdziesz do środka, jest zimno – ktoś się mnie zapytał. Popatrzyłam do góry i zobaczyłam twarz Jeva.
- Wdycham świeże powietrze.
- Okłamałaś mnie. Mówiłaś, że masz jeszcze francuski.
- Bo tak jest, ale nauczycielka się rozchorowała – popatrzył na mnie i wyciągnął parasol.
- Mogę cię odprowadzić jeśli mieszkasz niedaleko.
- Jakiś ty dobroduszny – uśmiechnął się cwaniacko.
- To jak?
- Okej możesz mnie odprowadzić.

6 komentarzy:

  1. To twój pierwszy blog a dajesz sobie radę jak doświadczona blogerka ! <3 podziwiam ;)
    Świetny pomysł , myślę że będę tu często zaglądać ;) Zajrzyj tu ! http://walkingintoadreams.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszesz wręcz cudownie! Dopiero poznaje to, o czym piszesz, więc mam nadzieję, że zainteresujesz mnie jeszcze bardziej.
    Czytam dalej i mam nadzieję, że będę mogła dodać twój blog do polecanych, na moim :)

    OdpowiedzUsuń
  3. dodaję komentarz, bo wiem jakie to ważne dla początkującej blogerki. znalazłam się tutaj bo zobaczyłam, że dodałaś mnie do obserwowanych. przeczytałam początek i strasznie mnie zaciekawiłaś, więc zaraz zabieram się za kolejne rozdziały. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. http://ourlovelofourproblems.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń